Świadectwa wiary

Świadectwo Uzdrowienia Marka.

Mój mąż Marek przez lata był okazem zdrowia, zdarzały mu się infekcje sezonowe, ale nigdy na nic poważniej nie chorował. Dnia 22.04.2018 roku było jednak inaczej. Dlatego też jego choroba była dla nas olbrzymim zaskoczeniem. W zasadzie przez całą zimę czuł się nie najlepiej, jednak lekarze nie potrafili postawić żadnej jednoznacznej diagnozy. Wszystko na początku wyglądało jak zwykłe przeziębienie, które tylko ciągnęło się nieprawdopodobnie długo. Żaden lekarz nie rozpoznał rozwijającego się już w styczniu zapalenia płuc. Okazało się, że przerodziło się ono w dużo poważniejszą chorobę.

22 kwietnia mąż już praktycznie nie mógł oddychać, opadł całkowicie z sił. Byłam przerażona jego stanem i zdecydowałam się wezwać pogotowie, które zabrało Marka do Międzyleskiego Szpitala Specjalistycznego. Z mężem pojechał jego brat, a ja zostałam w domu z trójką naszych dzieci, czekałam na wieści. Lekarz, który przyjmował Marka, stwierdził, że na lewym płucu powstał ropień, który zajął całe płuco a oni nie mają sprzętu by uratować Mu życie – bo jego stan jest bardzo ciężki. Trzeba było jak najszybciej znaleźć szpital, który byłby w stanie zająć się Markiem. Zaczęliśmy poszukiwania, co nie było wcale takie łatwe. Ostatecznie udało się znaleźć miejsce w Instytucie Chorób Płuc na Płockiej w Warszawie. Gdzie po kilku dniach przeszedł pierwszą operację po której, wydawało się, że jesteśmy na dobrej drodze. Przez tydzień mąż odzyskiwał siły, został przeniesiony na normalny oddział, mógł już nawet spacerować. Jednak po mniej więcej półtora tygodniu Marek nagle zaczął gorączkować i kasłać krwią. Wtedy też zostały zlecone natychmiastowe badania. Całą rodziną byliśmy przerażeni, bo nie wiedzieliśmy, co tak naprawdę się dzieje.

Wtedy też miałam pierwszy sen.

Przyśnił mi się Pan Jezus w białej szacie i powiedział mi, że o Marka życie toczy się bardzo wielka walka. Zapytałam się: „Jezu, czy on umrze?”. Ale Jezus nie odpowiedział, tylko z uśmiechem na twarzy zaprowadził mnie do łóżka męża i kazał być przy nim cały czas i nie opuszczać go. Po chwili w tym samym śnie zobaczyłam tłum diabłów, które chciały zabić Marka, ale moja modlitwa była jego osłoną. W tym śnie stał za mną, więc nie mogły mu nic zrobić, bo chroniła go moja modlitwa. Modliłam się bardzo mocno, aby go nie zabiły, do pewnego momentu, bo zaczynałam opadać z sił, gdyż demony te były bardzo silne i wiedziałam, że sama nie dam rady go obronić… I wtedy pojawiła się Maryja, która stanęła pośrodku nas, pomiędzy nami a demonami. Stała się naszą tarczą i one już nam nic zrobić nie mogły. Mąż trafił ponownie na OIOM i przeszedł drugą operację. Po niej jego stan był bardzo ciężki, organizm nie reagował w żaden sposób na wdrożone leczenie. Lekarze stwierdzili, że mąż ma sepsę. Wszystkie narządy były zainfekowane, rokowania były tragiczne. W organizmie męża prawidłowo funkcjonowały tylko mózg i serce. Okazało się, że na nerkach Marka pojawiły się krwiaki. Przewieziono go na kilka dni do Centralnego Szpitala Klinicznego MON na Szaserów, gdzie przeszedł kolejną operację. Pamiętam, że mąż był wszędzie ponakłuwany, z jego ciała wystawały różne rurki, był dokarmiany dojelitowo i dializowany, ponieważ jego nerki nie chciały działać. Jego stan wciąż się pogarszał, a wysiłki lekarzy nie przynosiły żadnych efektów. Widziałam, jak medycy bardzo chcieli nam pomóc, ale mogli jedynie bezradnie rozkładać ręce.

Przez cały czas choroby męża chodziłam codziennie rano do kościoła pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Starej Miłośnie. W tej świątyni znajduje się przepiękny wizerunek Pana Jezusa, który od zawsze przyciągał mnie w niezwykły sposób, dawał mi ukojenie i nadzieję. Podczas modlitwy przed obrazem miałam poczucie, że jesteśmy tylko ja i Pan Jezus.

Podczas Mszy Świętej jak zawsze zadawałam pytanie Jezusowi, co mam uczynić, aby mój mąż żył. Tego dnia nic nie przychodziło mi na myśl, co sprawiło, że czułam smutek, bo nie wiedziałam, co mogę zrobić. Kiedy wychodziłam z kościoła, to w drzwiach usłyszałam głos, jakby ktoś był tuż obok mnie: „Zamów Mszę Świętą za Marka za wszystkie pieniądze, które masz w portfelu”. Zaczęłam zadawać pytania: „Ale jak to? Panie Boże, ja mam ostatnie 900 złotych”… I tutaj jakby zaczęły przychodzić odpowiedzi: „Najmłodsze dziecko jest na piersi, dzieci starsze jedzą w szkole i przedszkolu, więc zostaje tylko kolacja, w lodówce coś jeszcze mamy do jedzenia, więc na kilka dni wystarczy, a ja sobie poradzę, przecież i tak cały czas poszczę, więc chleb i woda mi wystarczą”. Wtedy to powiedziałam: „Panie Jezu, zrobię to, ale proszę Cię, zadbaj tylko o to, żebyśmy mieli co jeść”. Wróciłam się do zakrystii i podeszłam do Księdza Proboszcza. Wyjęłam pieniądze, rozpłakałam się i powiedziałam: „Mój mąż umiera i chcę zamówić mszę za te pieniądze, tak aby każdego dnia była odprawiana Msza Święta w intencji jego uzdrowienia”. Ksiądz nie wiedział, że to moje ostatnie pieniądze, rozpisał mi kolejne intencje. Z kościoła pojechałam do szpitala.

Jakże ogromne było moje zdziwienie, kiedy następnego dnia w drodze do szpitala odwiedziłam teściów. Był też tam brat Marka, Zbyszek, który dał mi pieniądze, dokładnie 1000 zł, mówiąc, że chcieli się trochę dorzucić, bo ja mam dzieci, a dojazdy do szpitala przecież też kosztują. W pierwszej chwili nie chciałam wziąć tych pieniędzy, ale potem przypomniałam sobie, o co prosiłam Pana Jezusa. To jednak nie koniec zaskakujących sytuacji. Następnego dnia, gdy wróciłam do domu, znalazłam w skrzynce awizo. Nie miałam pojęcia, czego mogło dotyczyć. Poszłam więc na pocztę, by się dowiedzieć. Pani w okienku enigmatycznie powiedziała: „Proszę podejść do okienka obok, to za duża kwota, u mnie nie może jej pani wypłacić”. Gdy podeszłam do drugiego okienka, pani tam pracująca wypłaciła mi 6700 zł. Byłam w szoku, zapytałam: „Skąd te pieniądze?”. Okazało się, że z ZUS-u, zasiłek macierzyński, a dokładniej wyrównanie za kilka miesięcy, o którym kompletnie zapomniałam. Ale Pan Jezus o tym pamiętał i myślę, że chciał sprawdzić, czy Mu całkowicie zaufam – tak to sobie tłumaczyłam.

Dni mijały na modlitwie i pobytach w szpitalu. Lekarze nie widzieli szans, rodzina przyjeżdżała, by tak naprawdę już pożegnać się z Markiem, on też sam czuł, że umiera. Wchodząc do szpitala, zadawałam Panu Jezusowi kolejne pytania: „Panie Jezu, co mam zrobić? Dlaczego nic się nie zmienia?”.

Gdy kolejny raz byłam w kościele i znów pytałam Pana Jezusa, co mam zrobić, aby Marek żył, usłyszałam: „Przejdź na kolanach z OIOM-u do szpitalnej kaplicy”. Pomyślałam: „Ale jak to?”. Marek leżał na drugim piętrze, trzeba było zejść na dół po schodach, wyjść na zewnątrz i obejść patio, po czym wejść drugim wejściem na hol główny szpitala, a stamtąd po schodach na trzecie piętro do kaplicy. Czy była inna droga? Nie wiem, taką trasę zobaczyłam i czułam, że tak powinna wyglądać. Znowu zaczęłam mieć wątpliwości. W szpitalu jest przecież tylu ludzi, co oni o mnie pomyślą. Podzieliłam się tym z rodziną, gdy przyjechałam do szpitala. Powiedzieli mi, że nie, to na pewno nie o to chodzi. Zostawiłam więc ten temat. Następnego dnia znów byłam w kościele NSPJ i znów pytałam Jezusa o to, co mam czynić. I znowu, tym razem mocniej, usłyszałam: „Przejdź z OIOM-u na kolanach do szpitalnej kaplicy”. Ale rodzina ponownie odwiodła mnie od realizacji tego przekazu.

Trzeciego dnia w kościele znowu usłyszałam jeszcze bardziej wyraźny głos: „Przejdź z OIMO-u do szpitalnej kaplicy na kolanach”. „Ale jak? Panie Jezu, zrobię to, ale niech znakiem dla mnie będzie to, że Marek będzie się gorzej czuł”. Tak właśnie powiedziałam: gorzej. Dlaczego gorzej? Nie wiem, tak mi przyszło do głowy. Może miało mnie to zmotywować? Gdyby było lepiej, nie chciałabym podjąć wysiłku? Kiedy dotarłam do szpitala, podszedł do nas doktor Ivan Komarov. Powiedział: „Przykro mi, ale stan męża tak się pogorszył, że nie wiemy, czy dożyje jutra, i ta noc jest decydująca. Po ludzku nie możemy już nic zrobić, musicie się kierować do góry”, i uniósł rękę. Gdy to usłyszałam, nogi same ugięły się pode mną. Wiedziałam, że to znak od Jezusa. Wiedziałam, co mam zrobić.

Wtedy też siostra Marka, Jolka, powiedziała: Idź na tych kolanach.

Rozpłakałam się i zaczęłam iść na kolanach z OIOM-u po schodach na dół, modląc się tymi słowami: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nad nami”. Nie wiem skąd, ale czułam, że tak właśnie mam się modlić. Kiedy zeszłam na sam dół, to zatrzymałam się przy drzwiach wyjściowych i wyjęłam różaniec oraz poprosiłam Pana Jezusa, aby sprawił, żebym nie widziała tych wszystkich ludzi, którzy byli na głównym patio. Zaczęłam iść, odmawiając różaniec, płacz ustał, a ja, wpatrzona w Niebo, modliłam się, idąc wśród ludzi, ale ich nie widząc. Jezus sprawił, że byliśmy tylko ja i On. Nie czułam bólu i wydawało mi się, że jestem sama. Gdy wchodziłam już na główny hol szpitala, podbiegła do mnie jakaś starsza kobieta. Była spłakana i powiedziała mi tak: „Ja się za panią pomodlę”, a ja jej odparłam tylko: „Proszę się nie modlić za mnie, tylko za mojego męża, bo on umiera”. I zaczęłam iść po schodach na trzecie piętro do kaplicy, gdzie była całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu. Im bliżej kaplicy byłam, tym większy spokój i radość czułam. Na schodach mijało mnie również wielu ludzi, ale ja, dzięki Łasce, ich nie widziałam. Gdy dotarłam do celu, zobaczyłam Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie oraz siostrę Marka z naszym znajomym, którzy czekali na mnie, modląc się. Doszłam do samego Ołtarza, położyłam się krzyżem i ofiarowałam tę drogę za Marka i jego uzdrowienie. Powiedziałam: „Panie Boże, skoro już przeszłam na tych kolanach, to proszę Cię, daj mi słowo, czy Marek będzie żył”. I wtedy przyszła do mnie myśl: „Otwórz Pslam 41”.
Wstałam i w pewnej chwili zaczęłam się po prostu śmiać. Mój mąż umierał, a ja nie mogłam opanować radości, śmiechu i poczucia spokoju. Odnalazłam psalm i przeczytałam:

Psalm 41 „W ciężkiej chorobie”

Szczęśliwy ten, kto myśli o biednym ,
w dniu nieszczęścia Pan go ocali.
Pan go ustrzeże, zachowa przy życiu,
uczyni szczęśliwym na ziemi
i nie wyda go wściekłości jego wrogów.
Pan go pokrzepi na łożu boleści:
podczas choroby poprawi całe jego posłanie….

Nie było to spektakularne ozdrowienie, ale Marek przeżył noc, której miał nie przeżyć. Małymi kroczkami, stopniowo zaczął zdrowieć!

Dzisiaj jest zdrowym człowiekiem, nawet nerki, które miały nie działać, działają – wróciły do pełni zdrowia; płuco, które miało zwapnieć i być usunięte, funkcjonuje prawidłowo – jest w pełni sprawne, mąż ma tylko blizny po przebytych operacjach. Lekarze nie dawali szans na funkcjonowanie tego płuca, a jednak działa, i to dobrze. Wszystkie narządy wróciły do pełni zdrowia po przebytej sepsie!

Zawsze byłam osobą wierząca, ale po wszystkich tych zdarzeniach moja wiara umocniła się nie do opisania. Wiem, że doświadczyliśmy Cudu. I wiem też, że największym cudem jest Eucharystia, w ten Cud wierzę najmocniej. Wiem też, że Pan Jezus przychodzi w ciszy.

Dwa lata po uzdrowieniu Marka, podczas Mszy Świętej przyszła mi do głowy myśl: „Podziękujcie, złóżcie wotum dziękczynne za uzdrowienie”. Zastanawialiśmy się z mężem, jaką formę powinno ono przyjąć. Przychodziły różne myśli, ale wciąż czuliśmy, że to nie to, i odłożyliśmy tę realizację. Dopiero teraz, po pięciu latach, znowu usłyszałam głos w kościele: „Złóżcie wotum dziękczynne”. Zapytałam: „Ale Panie Jezu, jakie?”. Odpowiedź była od razu: „Niech Marek zrobi serce z blachy”. Nie wiem czemu, ale zapytałam: „Ale z jakiej blachy?”. Usłyszałam w odpowiedzi: „Z miedzianej”.

Dnia 16 czerwca 2023 roku całą rodziną podczas Mszy Świętej w Uroczystość Święta Najświętszego Serca Pana Jezusa przyjęliśmy Tarczę Najświętszego Serca Pana Jezusa na znak naszej całkowitej przynależności Jego Boskiemu Sercu.

Postanowiłam spisać świadectwo jako Dziękczynienie za Cud Uzdrowienia oraz wszelkie dokumenty zostały przesłane do Watykanu w celu potwierdzenia dokonanego Cudownego Uzdrowienia przez Najświętsze Serce Pana Jezusa.

Gabriela i Marek

Ta witryna korzysta z plików cookie